Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon drugi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezon drugi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lutego 2014

S2E10. Yin Yang


Spadał i spadał, leciał w dół, opanowany przez adrenalinę, pulsującą we krwi. Budynki i pojazdy rozmyły się w kolorowe plamy, dźwięki otoczenia mieszały się w jedną spójną, niemożliwą do odczytania konstrukcję. Czuł, że leci ku dołowi, ale jednocześnie jego stopy opierały się na twardym gruncie, tak gładkim, jak wypolerowana blacha wahadłowca. Po swojej lewej ujrzał trzylatka o rozczochranej czuprynie i poplamionym ubranku, a po prawej dwoje dorosłych małżonków z małym rocznym szkrabem na rękach. Wszystkie te sylwetki były tak doskonale znajome... kobieta o nieskazitelnej urodzie, pięknych kasztanowych lokach, spływających kaskadą na ramiona... obrazy przyśpieszyły, następowały jeden po drugim. Przeszłość i przyszłość mieszały się ze sobą i w jednej chwili widział dojrzałą kobietę i małego trzylatka... a w następnej po prostu jedną, wielką kolorową przestrzeń, tworzoną przez nakładające się na siebie fragmenty jego żywota. Mimowolnie jego podświadomość opanowała żądza wiedzy; chciał znać przyszłość, wydarzenia, które miały nadejść. Pchany przez jakąś nieznaną siłę po prostu się jej poddał, gdy nagle coś zwaliło mu się na głowę... poczuł ciężkie płyty i ból, eksplodujący wewnątrz czaszki. A potem nastała ciemność, nieprzenikniona przez żadne światło.


Nie sposób rozwiązać problem, nie obmyślając strategii.
Ahsoka siedziała na łóżku w swoim pokoju, rzewnie płacząc, z twarzą schowaną w dłoniach. To nie fair! Czemu jej Mistrz? Był niewinny, czuła to! A tym czasem oni go... oni go zabili, nie wyczuła tego poprzez Moc, ale by jej nie okłamali! Pewnie jej Moc była wadliwa. Miała ochotę przestać żyć i pójść hasać po polach raju razem z Anakinem, z tej perspektywy było to dziwne położenie... ale nieważne, naprawdę tego chciała! Spojrzała na otwierające się ze skrzypieniem drzwi i osobę, którą okazał się Mistrz Kenobi. – Anakin... popełnił samobójstwo. – i zniknął, pozostawiając onieśmieloną Ahsokę w pokoju.

 Samobójstwo? Czyżby?
Obudził się z bólem, zupełnie jakby uderzył głową w ścianę; jęknął cicho, gdyż każdy mięsień ciała odmawiał posłuszeństwa i błagał o odpoczynek. Z trudem podniósł się do pozycji siedzącej i przetarł oczy; miejsce, w którym się znajdował nie było Coruscant. Nie wyglądało jak nic, co znał, było... nowe, obce... magiczne? Czuł Moc, a jednocześnie jej nie było. Widział spustoszałe miasto, przestrzeń pełna podburzonych budowli, liczących na pewno wiele, wiele tysięcy lat. Nie było drzew, nie było trawy, nie było zwierząt... tylko pozostałości po jakiejś cywilizacji... nawet ziemia nie dawała wytchnienia; była twarda... jak zaschnięta lawa. Gdzie jestem? – spytał, lecz jego głos przeszedł w nicość; nie miał wyrazu – a może to były jego myśli? – Na Soreness. – usłyszał cichy, dziewczęcy głosik; mógłby przysiądź, że to jego wyobraźnia. Poderwał się na nogi i zlustrował otoczenie wzrokiem; nie widząc jednak osoby, która wypowiedziała te słowa. Zmarszczył brwi podirytowany, gdy nagle poczuł delikatnie kopnięcie w kostkę; spojrzał w dół i zaniemówił, widząc pięcioletnią dziewczynkę, o białej jak śnieg cerze, oczach w kolorze nieba i jasnoblond włosach do ramion; była chudziutka, a na sobie miała kremowe płótno, przepasane skórzanym pasem... to wyglądało tak znajomo. – Kim jesteś? – spytał zdezorientowany, jeszcze raz rozglądając się po zniszczonym przez... żywioł?... mieście. – Gdzie twoi rodzice? – dodał, przykucając, by zajrzeć w niebieskie ślepka dziewczynki; wprost emanujące pewnością siebie. – Tutaj... – wyszeptała, kreśląc stopą okrąg na podłożu, a wyryte małym bucikiem koło, zapadło się z powrotem; nie zostawiając śladu. Czyli jej rodzice... nie żyli? Biedne dziecko, zalała go nagła fala współczucia i doszedł do wniosku, że ma obowiązek, by ją pocieszyć. – Przy... – urwał wpół zdania, gdy mała rączka przyległa do jego ust, uniemożliwiając mówienie. – Kochasz mnie. – raczej stwierdziła niż zapytała, zakładając ręce. Skrzywił się, a jego rysy wyraźnie stwardniały; co miało na myśli to dziecko? Potrząsnął głową i wstał, przez chwilę się zastanawiając. – Fajnie się gadało, maluchu, ale... muszę wrócić na Coruscant... no i...cześć. – zaczął iść w bliżej nieokreślonym kierunku, uśmiechając się pod nosem; zadowolony spławieniem tej... dziewczynki. – Nie możesz iść. – stwierdziła opanowanym głosem, nagle pojawiając się przed nim. – Jak ty to..?! – urwał, widząc nieprzyjmujący odmowy wyraz twarzy kobietki, która z najwyższą determinacją wpatrywała się w niego dużymi oczyma. – Kim jesteś? – powtórzył, lekko zirytowany. – I co tu robisz? – dodał, wznosząc oczy ku niebu. Nie rozpoznawał tego miejsca, nie wiedział gdzie jest, co tu robi, to było takie...obce, dziwne, inne... prawie nie wyczuwał Mocy! To było chyba najdziwniejsze, zero roślin, zero istot rozumnych, zero zwierząt... gdzie on był? Tylko Wybraniec i jakieś dziecko, które czepiło się niego jak Ahsoka cukiernika. Ahsoka... ciekawe gdzie teraz jest i czy go szuka? Nie wyjaśnił jej niczego, postąpił pochopnie, ale... nie miał innego wyboru. Nieświadomie spuścił wzrok, przygryzając dolną wargę i zacisnął dłonie w pięściach. – Jestem Yang. Twoja opiekunka. – rzuciła dziwna istotka, stając na palcach, ze względu na swój niski wzrost. Skywalker zmarszczył brwi i przechylił głowę na bok, z lekkim zdezorientowaniem wpatrując się w blondynkę. – Po co tu jesteś? – spytał w końcu, rozglądając się na wszystkie strony. – Strzegę Cię. – oświadczyła pewnie, kiwając głową w rytm nuconej pod nosem piosenki. – Dlaczego? – wciąż drążył temat, ciekawy celu małolaty; wydawała się taka... wyjątkowa spokojna, duchowy spokój wprost z niej emanował. – Bo kiedyś ty będziesz strzegł mnie. – odpowiedziała, przechylając na swój słodki sposób głowę w bok. – Co? – lekko zdenerwowany oparł dłonie na biodrach. – Jesteś głupi. – szepnęła dziecinnym głosikiem, spoglądając na czarnowłosego pięcioletniego chłopca, który właśnie się do nich zbliżał. – Jeszcze jeden małolat?! Z czego Was się tyle namnożyło?! – wykrzyknął, w przypływie wściekłości, spoglądając na chłopca, uśmiechającego się złośliwie. – Jestem Yin, zostaw moją siostrę, ja Ci pomogę! – krzyknął z euforią chłopczyk, bawiąc się patykiem, mającym imitować broń. – Nie słuchaj go! – i rozpoczęła się dziecięca kłótnia, przyprawiająca go o mocniejszy ból głowy, oparł dłoń na skroni i z wściekłością rąbnął pięścią w wierzch otwartej dłoni. – Stang! Przymknijcie się smarkacze! – warknął wściekle, mierząc morderczym spojrzeniem oboje małolatów. Bliźniaki spojrzały na siebie z wrogością. – Ale... – zaczął brat, lecz urwał wpół zdania, onieśmielony przez taszczące spojrzenie Anakina. – Rozstrzygniemy to inaczej. – zdecydował Jedi.

Jak rozwiązać kłótnie rodzeństwa?

niedziela, 12 stycznia 2014

S2E8. Ból jest nauczycielem.

Przymknął oczy i jednym sprawnym przywołaniem Mocy wniknął w mechanizm zamka, który pod wpływem naporu tak potężnej energii ustąpił, czemu towarzyszyło ciche kliknięcie. Ostrożnym ruchem, tak precyzyjnym, że mogłoby się wydawać, że zetknięcie palców z metalowymi drzwiami spowoduje, że budynek stanie w płomieniach, postukał kilka razy w płaski panel, rozciągnięty na drzwiach po prawej stronie, a wrota rozpostarły się bezkonfliktowo, ujawniając przed nim przytulne wnętrze Senatorskiego apartamentu. Ściany, w odcieniach czekoladowego brązu idealnie kontrastowały z jasnymi meblami, stworzonymi z wykwintnego drewna z Korelii. Tuż obok drzwi rozpościerała się pięknie zdobiona komoda, z posrebrzanymi klamkami. Nad nią wisiało duże, kanciaste lustro, oprawione w złotą ramę. Pod końcem korytarz przechodził w rozległy salon, z białymi sofami, ozdobionymi milionem małych poduszeczek, ze złotymi frędzlami. Ostrożnie, krok za kroczkiem, jak gdyby stąpał po lodowych krach, które w każdej chwili mogą zatonąć przemierzył odległość dzielącą go od kolejnego pomieszczenia. Padme siedziała na kanapie i z uporem próbowała rozplątać sznurek, który miał jej służyć w niewiadomym celu. Wyglądała tak uroczo, gdy się gniewała... Ale teraz nie nadszedł czas na rozczulanie, musiał wszystko wyjaśnić i..i... – tak bardzo nie lubił się żegnać, ale musiał. Wiedział, że gdzieś daleko, hen za Galaktyką czai się zło, zagrażające nie tylko niewinnym cywilom dzisiejszego świata, ale zagrażające – PRZYSZŁOŚCI. Uśmiechnął się pod nosem, gdy uświadomił sobie, że teraz, właśnie w tym momencie obserwuje swoją żonę, ukochaną wybrankę serca, której stan niedługo miał doprowadzić do tego, że miałby się stać buir. Ale czy tego dożyje? W dzisiejszych czasach nic nie było pewne, Ciemna strona przysłaniała nawet Jasną, ale... czy właśnie nie Ciemną kierował się podczas ucieczki? To takie zawikłane... gwałtownie wyrwany z rozmyślań dyskretnie podszedł do kanapy i przeskoczył przez oparcie, kładąc dłoń na ramieniu ukochanej. Padme zaskoczona odruchem obronnym, przywaliła mu z pięści w i tak złamany już nos. – Stang! – zaklął, rozcierając nasadę nosa, a ona pisnęła, orientując się, że to on. – Annie, Annie, przepraszam, przepraszam... – szeptała gorączko, doskakując do niego i ostrożnie kładąc dłoń na jego policzku. – Krwawisz... przepraszam... – w jej oczach zalśniły łzy, a on uspokoił ją gestem sztucznej dłoni, podczas gdy prawdziwą tamował krew, cieknącą z nozdrzy. Zmarszczyła brwi i złapała nadgarstek jego dłoni, odsuwając ją od twarzy. – Masz podbite oko, rozciętą wargę i chyba złamany nos... Anakine Skywalkerze, w co żeś się znowu wpakował? – wycedziła, iście poważnie, zakładając ręce na piersi. – To długa historia, a ja nie mam czasu, kochanie. – szepnął wstając i zaczynając zataczać nerwowe koła wokół kanapy. – Oskarżyli mnie o zdradę, nie ufają mi, a ja... nie wiem o co chodzi. Nawet Obi-Wan mi nie wierzy... to takie raniące, że człowiek, który był dla mnie jak ojciec przestał darzyć mnie zaufaniem. – westchnął. – Muszę lecieć, gdzieś tam czai się zło, a ja muszę mu zapobiec... po prostu muszę. – przygryzł dolną wargę do krwi i zacisnął pięści do tego stopnia, że kłykcie mu zbielały. – Przyszedłem się pożegnać... – szepnął cicho, urywając, gdy rzuciła mu się w ramiona, rzewnie płacząc. – Przepraszam, Padme... ja, nie mogę Ci powiedzieć gdzie się udam, bo sam tego nie wiem, ale... Pamiętaj, że Cię kocham, najmocniej na świecie i... i nigdy nie zapomnij. – dodał, a czysty ból wyraźnie iskrzył się w jego oczach, rozbrzmiewając po całym ciele i wprowadzając je w żałobny stan. Zadrżała znacząco, kurczowo wtulając się w jego klatę, a on poczuł targające jego sercem wyrzuty sumienia. Ale tak musiał postąpić, nie robił tego dla własnej uciechy, narażał się na niebezpieczeństwo, bo...bo tak było trzeba, czuł to. Nie chciał odchodzić, wolał zostać, ale jakiś wewnętrzny, wrodzony głos szeptał mu, że tak ma być, a on dziwnie ulegle posłuchał jego słów.  – Annie... – zaczęła, przerywając jego refleksje. – Obiecaj, że wrócisz. - zażądała, patrząc na niego zaszklonymi od łez oczami i jednocześnie zaciskając materiał koszuli na jego klacie. – Ale... – chciał zaprotestować, ale przerwała mu, gwałtownym pociągnięciem za szatę. – Obiecaj! Potrzebuję Cię! – załkała cicho, kurczowo trzymając się jego odzienia. – Obiecuję... – Skłamał, zagryzając dolną wargę. Ale co innego mógł zrobić? Kochał ją całym sercem, ale w każdej chwili mógł stracić życie, taka była natura wojny. A ta natura niestety nie sprzyjała jego życiu.

 W obliczu wojny, trzeba umieć ponieść ofiarę.


Namierzony! – usłyszał, ku własnej uciesze Kenobi, wypróżniając w sali głównej trzeci z kolei kubek gorącej Kaf. Ach, jakie to było niesamowite uczucie, rozkoszować się gorzkawą substancją, pobudzająca go do życia. – Złapany przez kamery przemysłowe, wewnątrz miasta, współrzędne to pięć-pięć-zero-pięć-osiem-dwa-pięć. – wyrecytował płynnie żołnierz, spoglądając spode łba na Jedi, z rozczochraną czupryną i brodą, na której widniały widoczne plamy po gorącym napoju. Jedi wzruszył lekceważąco ramionami i sięgnął po elektroniczny notes, z mnóstwem zapisków oraz filmami, mającymi pomóc mu w odnalezieniu zbiegłego Anakina. Westchnął z rezygnacją, przeglądając kolejne stronice. To nie będzie takie łatwe, konfrontacja była nieunikniona  – niestety. Narzucił na siebie pierwszą lepszą szatę z brzegu, zapewne dającą już znać o swojej czystości i przypiął do skórzanego pasa stalowy cylinder, będący w rzeczywistości tak potężną bronią. – Ale... generale. – zaczął klon, milknąc na chwilę pod wpływem karcącego spojrzenia Obi-Wana. – Przecież.. tym mieli się zająć komandosi, sam ich pan wzy... – urwał, gdy Mistrz Jedi przerwał mu kąśliwą uwagą.  – Nie interesuj się, odwołaj komandosów. Wiem, co mówiłem, ale zdecydowałem, że sam to zrobię! Czerwone Zero nieaktualne. – i opuścił pomieszczenie, na zakończenie głośno trzaskając drzwiami. 

Zmienność intencji bywa nieunikniona. 

Dolne poziomy – to było jedyną alternatywą, jedynym wyjściem poza otwartym wtargnięciem na teren teraźniejszego wroga, by porwać statek i odlecieć, gdzie oczy poniosą. A właściwie, gdzie Moc poprowadzi, bo to ona wskazywała mu drogę. Przeskakiwał z dachu na dach, ślizgając się po niektórych z nich. Mimowolnie przez jego głowę przeleciała myśl – co by było gdyby... – i zgasła tak szybko się pojawiła, gdy poczuł szarpnięcie czyjejś żelaznej ręki, po której odczuciu obrócił się jak oparzony, ale nie było nikogo. Tylko nieprzenikniony przez żadne światło mrok, wielka pustka, żadnych gwiazd błyszczących na niebie... wszystko zniknęło, jakby na złość. Potarł nerwowym ruchem spocone czoło, gdy ktoś w uspokajającym geście złapał go za nogę. Spojrzał w dół i ujrzał dziwnie wyraźnie małą niebieskooką dziewczynkę o bujnych brązowych loczkach i oczach, które szeptały wprost "Dziękuje". Lecz obraz zniknął, gdy mrugnął dwukrotnie. Rozpłynął się jak mgła, przepadł w otchłani czasu. Zdziwiło go to nagłe... objawienie? Nie był spragniony, a tym bardziej nie znajdował się na pustyni – więc fatamorgana to raczej nie była. Westchnął z rezygnacją i ostrożnym ruchem dłoni pomacał w okolicach bioder, pragnąc sprawdzić, czy jego miecz na pewno znajduje się we właściwym miejscu. A potem usiadł, chcąc zastanowić się, co dalej, bo przewodnicza Moc nagle jakby wyparowała, zbijając go z tropu. A mógł posłuchać Padme i chociaż na tę ostatnią noc towarzyszyć jej w błogim, słodkim, domowym śnie...

Porywczość w działaniu często bywa przyczyną niepewności. 


 Proszę o komentarze, chcę zobaczyć ile was jest,  jedno słowo wystarczy ;).

niedziela, 15 grudnia 2013

S2E7. Honor to kłamstwo



Wszystko było jakby za mgłą, czuł jak jego bezwładne nogi, wleką się po podłodze, a osłabłe ramiona uwięzione w żelaznych pięściach strażników wloką go w bliżej nieokreślonym kierunku, powieki stają się jakby cięższe, próbując opaść; lecz on nie mógł i nie miał zamiaru na to pozwolić. Jeśli zaśnie, to będzie jego ostatni sen. A do tego nie dopuści; miał tyle życia przed sobą, tyle niezrealizowanych celów, tyle tajemnic, które czekały, aż je odkryje. Był niemalże pewny, że jego oprawcy, prowadzący Go w tej chwili na śmierć nafaszerowali jego podświadomość tonami środków usypiających, bo chwilami po prostu kręciło mu się w głowie i miał wrażenie, że odpływa... a może to były narkotyki? Słyszał skrawki rozmów, dochodzące do jego uszu, przebijając się przed zamgloną osłonę jego umysłu; który stał się nagle otępiały, podatny na sugestie, odpłynął... i została tylko pusta skorupa, wydrążona od środka. Pomyślał o Padme. O ich dziecku, o przyszłości, która być może nie nadejdzie. Nie mógł zostawić jej samej, nie mógł zostawić ich. To było niedopuszczalne, to dodało mu siły. Przymknął oczy, sprawiając wrażenie, że zasnął, lecz on tylko czuwał zbierając energię... i nie obchodziło go w tej chwili, czy czerpie z jasnej, czy może ciemnej strony. Liczyło się tylko wyzwolenie, zerwanie łańcuchów. To śmieszne, jak łatwo w obliczu niebezpieczeństwa można czerpać mądrości z kodeksu Sithów, przeciwników, tych, przeciwko którym walczył Czy bycie Jedi było błędem? Czy nauki świątynne to jedno, wielkie kłamstwo? Prawdopodobnie nigdy nie uzyska odpowiedzi na te i różne inne pytania, błądzące po jego umyśle, nawołując - nawołując rozwikłania.
Spokój to kłamstwo – Jest tylko pasja. Była pasja, nie było spokoju.  
Dzięki pasji osiągam siłę. Pasja dawała siłę, a spokój ją odbierał. 
Dzięki sile osiągam potęgę. Siła prowadziła do potęgi.
Dzięki potędze osiągam zwycięstwo. Potęga wróżyła zwycięstwo.
Dzięki zwycięstwu zrywam łańcuchy. Zwycięstwo zerwało łańcuchy.
Moc mnie oswobodzi.  Moc łamała bariery, uświadamiając nas, że wygraliśmy.
Czy Zakon był przeszłością? Czy Rycerze Ciemności byli tym, kim powinien się stać? Patrząc w oczy śmierci, zastanawiał się, czy właśnie tak nie powinien postąpić. Ale wkrótce wszystko ustało. Ból ustał. Czucie ustało. Ustała męka i udręczenie. Został tylko on. On i Moc. I tak miało być. Sprawiając wrażenie całkiem bezsilnego i bezwładnego dał pociągnąć się jeszcze kilka kroków, a potem lekko zakołysał i gwałtownie uniósł głowę, trafiając swoją czaszką, prosto w odkryty podbródek strażnika, a tamten zatoczył się do tyłu. Jedna ręka oswobodzona. Jeden łańcuch zerwany. Pozostał drugi. Ułamek sekundy później, sprawnym, zwinnym ruchem podciął nogi drugiego antagonisty, a on upadł na ziemię, przy zderzeniu wydając jęk bólu. Nie zadziera się ze mną. Teraz tylko nadgarstki, jeśli zostaną wezwane posiłki... bez problemu go unieruchomią, puszczając napięcie na jego obręcze energetyczne. Co zrobić... co zrobić. Kątem oka dostrzegł znaną mu rękojeść... po prostu porzuconą na korytarzu, zmarszczył brwi, ale uznając to za szczęśliwy traf, korzystając z Mocy, przyciągnął ją do siebie i jednym sprawnym ruchem włączonego ostrza przeciął łańcuchy, uwalniając się od kajdan. Nie było pomocy, była Moc. Tylko Moc i on. Moc go oswobodziła.

Nie wierz w szczęście, ono nie istnieje.  

Darth Sidious, dla innych Kanclerz Palpatine obserwował dyskretnie swojego przyszłego ucznia, wyraźnie nastawionego przeciwko Rycerzom Jedi. Czy był już gotowy, by porzucić nauki świątynne i dołączyć do Sithów? Nie, raczej nie. Jeszcze nie teraz. Musisz być cierpliwy, Sidiousie, cierpliwość była, jest i zawsze będzie twoją największą bronią. I spojrzał na niknącą za rogiem sylwetkę, wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny, zbuntowanego przeciwko ich wspólnym WROGOM.

Zło jest bliżej niż myślisz.

Ciekawe, kiedy ich zacofane umysłu dojdą do wniosku, że dałem dyla, myślał Anakin, spacerując pod osłoną nocy przez opustoszałe – lecz nie do końca, bo Coruscant nigdy nie śpi  –  miasto. Mijał alejki, pozamykane stoiska i zamknięte sklepy, a wszystko tak sam tajemnicze i niemożliwe do odczytania.  Westchnął cicho; był jak dziecko odrzucone przez rodziców. Nie miał dokąd wracać, był poszukiwany, był zbiegiem, nigdzie nie mógł być całkowicie bezpieczny, chyba, że... Padme. To imię mimowolnie ogrzewało jego serce, przyprawiając o miłe dreszcze tęsknoty, gdy tylko wyobrażał sobie dotyk jej skóry, na jego skórze. Zatrzymał się, zaciskając dłonie w pięściach. Spojrzał na swoje odbicie w budynku, o oszklonych ścianach. Wokół prawego oka rysował się mocno fioletowy okrąg... czyli miał podbite oko. Nos był wyraźnie złamany, a z dolnej wargi ściekała strużka krwi. Otarł twarz wierzchem dłoni, lecz wciąż wyglądał okropnie – Padme nie będzie zadowolona, tego mógł być pewny. Szybkimi, zdecydowanymi, lecz w miarę cichymi krokami powoli zbliżał się do wieżowca swojej ukochanej. Przystanął na chwilę przed drzwiami, zastanawiając się, czy aby na pewno to było dobrym wyjściem... ale czy miał inny wybór? No właśnie, no właśnie. W takiej mrocznej sytuacji trzeba dać się ponieść wyobraźni...

Miłość daje poczucie bezpieczeństwa.

Pomieszczenie wypełnił krwistoczerwony blask, bijący od migających ikonek, znajdujących się na pulpicie głównym. Obi-Wan Kenobi po usłyszeniu pierwszego sygnału niewiele myśląc,  natychmiast wparował do serca budynku, trafiając akurat na żołnierzy, którzy w tej właśnie chwili pochłonięci byli odtwarzaniem raz po raz nagrań bezpieczeństwa. Jedi doskoczył do pulpitu i złapał - jak wyczytał po plakietce - Szeregowego Der'a za ramię. Jego oczy były brązowe, czaszka dokładnie ogolona, a elementy twarzy takie, jak u każdego klona - Jango Fett'a. Wyczytał, że żołnierz. jest wyraźnie zdezorientowany i zestresowany. Co się stało? – spytał pojednawczo, spoglądając ku duszy, przez oczy szeregowego. Oddech strażnika wyraźnie przyśpieszył, podrapał się on nerwowym ruchem po karku i lekko kiwnął głową. – Ten, jak mu tam... Skywalker... spieprzył z kicia, panie Generale. – w tonie jego głosu można było wyczuć tak lekceważącą nutę, że z początku Kenobi pomyślał, że szeregowy po prostu się z niego nabija. Choć, gdy na jego oblicze nie wpełzł żartobliwy uśmiech, ni nie wybuchł tubalnym śmiechem, Obi-Wan pojął wreszcie, że klon mówi czystą prawdę. Puścił jego ramię i zacisnął pięści, przepychając się do holoodtwarzacza, by zobaczyć nagranie bezpieczeństwa. Anakin, jego były padawan sprawnymi ruchami powalił przeciwników, a w momencie obserwacji tych wyczynów, po jego twarzy przemknął mimowolny uśmiech. Przestań, nie czas na dumę, to nie twój uczeń – to wróg, skarcił siebie w duchu.  Widać było jednak lekkie obrażenia na ciele uciekiniera, który w momencie ucieczki zniknął z pola widzenia, nieścigany dalej przez kamery. Cudownie. Mistrz Jedi podrapał się po podbródku i westchnął teatralnie, opierając się dłońmi o panel. – Priorytet czerwone zero do wszystkich jednostek.  –  wycedził niepewnie, ale dostatecznie głośno.  – To już nie jest robota dla Klonów ani przyjaciół. – uśmiechnął się blado, z wyraźnym bólem, wypisanym na twarzy. – Komandosi, złapać i unicestwić. - warknął do słuchawki, przesyłając telegram do grupki specjalnie wyszkolonych żołnierzy.

niedziela, 8 grudnia 2013

S2E6. Wygnany

Czarnoskóry Mistrz Windu klęczał w sali ćwiczebnej, oznaczonej plakietką "Wstęp wzbroniony" na wszystkich elektronicznych notesach świątynnych. Powiódł kciukiem po rozciętym czole i tak już martwego adepta, ciało chłopca razy ludzkiej już od dłuższego czasu było zimne, pozbawione ciepła, wynikającego z rozwijającego się w nim życia, które umarło, pochłonięte przez mrok. To, co tu się wydarzyło było istną rzeźnią, o której informacja nie mogła wydostać się poza mury świątynne. W innym wypadku zhańbiłaby imię Zakonu Jedi, niszcząc opinię o wszechmocy Rycerzy. Ale to nie było prawdą - nikt nie był wszechmocny, nawet starożytni zwolennicy światłości mogli niewiele w obliczu krwawej wojny, jaka zawładnęła Galaktyką.  Mistrz Jedi westchnął ciężko, wodząc wzrokiem po poległych uczniach, będących kiedyś uosobieniem radości, potrafiących się cieszyć drobnostkami, nie posiadających nic - szkoda, że zginęli w taki sposób. Ekipa sprzątająca powoli rozpoczynała zbieranie ciał, by nie straszyć pozostałych, uczących się w świątyni adeptów. Mace podniósł się, a jego powściągliwe rysy złagodniały lekko, gdy do jego uszu dobiegło znajome postukiwanie laski z najdoskonalszego drewna, wiecznie noszonej przez jego bliskiego przyjaciela wielkiego Mistrza Yodę. Zielonoskóry wolnym, jak zawsze arystokratycznym chodem przemierzył odległość pomiędzy drzwiami, a drugim Mistrzem. Jego twarz spoważniała, a wysoki Mistrz pochylił się, by dokładniej przyswajać sobie mądrości, mające płynąć z ust małego karła. Nagrania ja widziałem. Złą wiadomość mam. wyszeptał, wzdychając teatralnie i zaplatając ręce na piersi. Czarnoskóry zmarszczył brwi, czekając na dokończenie zdania, a Yoda z zapałem pokiwał głową.Nagrania jasno mówią, Skywalker zabił ich. Ciemna strona zawładnęła nim. Słowa wprawiły wysokiego Mistrza Jedi w zakłopotanie i były jak kubeł zimnej wody, wylany na głowę, w środku zimy, na planecie Hoth. 

Nieporozumienia bywają zgubne.

Anakin Skywalker kroczył, z twarzą skrytą pod beżowym kapturem, gdy wokół niego zrodził się ogromny szum rozmów i mieszanina różnych okrzyków triumfu i... przerażenia? Zaskoczony obejrzał się dookoła, szukając źródła strachu tak wielu osób. Z niedowierzaniem wywnioskował, że powodem strachu był... on sam. Poczuł czyjąś dłoń, zaciskającą się na jego ramieniu, następną na podbrzuszu, kolejną na biodrze... wkrótce czuł las rąk, trzymający go za każdą odkrytą część ciała, uniemożliwiając ucieczkę. W pewnym momencie do jego uszu zaczęły dochodzić różne okrzyki. "To on!", "Znaleźliśmy mordercę!", "Nikogo już nie zabije!" A potem, na holotablicy, wiszącej nad jednym z klubów ukazał się list gończy... z jego podobizną i różnymi innymi zapiskami, których nie zdołał odczytać. Ostatnim, co zobaczył była potężna pięść, mierząca prosto w jego twarz. Potem była już tylko ciemność.

Społeczeństwo wierzy w każdą plotkę, kierując się opinia innych.

  Obudził się, czując żelazne obręcze, zaciśnięte na jego nadgarstkach. Głowa eksplodowała mu potężnym bólem, co było zapewne wynikiem potężnego uderzenia w twarz. Próbował podnieść się na nogi, ale natychmiast upadł; a dolne kończyny odmówiły posłuszeństwa. Nic dziwnego, skrępowane były potężnymi obrożami odbierającymi całą energię, doprowadzaną do dolnych członów. Świetnie, załatwili Go bronią, którą sam wynalazł. Cóż za ironia. Klęczał na kolanach, a posadzka nie była szczególnie miękka, czuł wyraźny chłód, bijący od czystego metalu, przed nim rozciągały się kraty laserowe, połyskujące czerwonym, złowrogim blaskiem. Zupełnie jak klingi, mieczy świetlnych Sithów. Cudownie. Uniósł lekko dłoń i potarł nasadę nosa, czując wyraźny miękki materiał, okalający jego narząd węchu. Do jego czujnych uszu doszedł charakterystyczny dźwięk opuszczanych ramp i chwilę potem za laserową osłoną stanął dobrze znany mu człowiek Obi-Wan Kenobi, eksmistrz Skywalkera. Doskonale. Znowu. Po obu bokach Mistrza Jedi tkwili w milczeniu dwaj strażnicy o lśniąco białych pancerzach i charakterystycznych hełmach z wizjerami w kształcie litery T. Pręty nie rozsunęły się i nic nie wskazywało na to, że Kenobi wejdzie do środka. W jego oczach wyraźnie jarzył się zawód, a mięśnie twarzy napięły się, symbolizując powagę. Co ja takiego zrobiłem? Spytał młodszy Jedi, a na jego oblicze wpłynął dobrze znany Kenobiemu z czasów szkolenia wyraz niewinności i dziecinnej naiwności. Przykro mi, Anakinie. – wyszeptał Kenobi, widać było, że słowa z bólem płynęły z jego ust. Tym razem, nie dam się nabrać na twoje gierki. Zawiodłeś mnie, chłopcze. Tak cholernie mnie zawiodłeś... – przygryzł dolną wargę, widać było, że nie próżnuje, że mówi całkiem szczerze, tylko... tylko, Skywalker kompletnie nie wiedział o co chodzi. Co on zrobił, co takiego się stało? Przez głowę przelatywało mu tysiące scenariuszy na minutę, ale który był właściwy? Który się ziścił? Poszuka ukojenia w Mocy, ale ta jakby Go opuściła, jakby w chwili, w której najbardziej jej potrzebował zniknęła, wyparowała – umarła. – Zabiłeś ich, młody. Te wszystkie dzieciaki, ty... po prostu nie mogę w to uwierzyć. Nie myślałem, że kiedykolwiek sprawisz mi taki zawód. – westchnął teatralnie i nerwowym ruchem podrapał się po karku. – Przykro mi, że nie mogę przekazać Ci dobrych wieści, Anakinie, ale... – urwał, w myślach ostrożnie dobierając słowa. – Rada Jedi skazała Cię na karę śmierci. – I świat młodego dwudziestodwuletniego mężczyzny nagle prysł, zawalił się, zniknął – po prostu przestał ISTNIEĆ. 

Co zrobić, gdy nawet przyjaciel wątpi w twoja niewinność? 

Skywalker siedział pod zimną ścianą, skulony, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Szok powoli mijał, odkąd dowiedział się, że Jedi, ludzie, z którymi się wychowywał przez większą część życia, którzy szkolili Go na jednego z nich – bez żadnych wyjaśnień, bez zadania mu cienia szansy wytłumaczenia, zadecydowali, że musi odejść. Westchnął ostentacyjnie, rozpatrując w myślach miliony kwestii – nie mógł teraz odejść, nie wtedy, kiedy Galaktyce groziło  tak ogromne niebezpieczeństwo! Może w życiu tak niewiele, a jednak niejednokrotnie wpłynął na losy innych. Był tylko człowiekiem, ale... przysiągł sobie, że nie spocznie, póki wszechświat nie zatonie w błogim pokoju, póki każde dziecko nie będzie wolne, póki wojna nie przeminie. Był przekonany, wiedział, po prostu wewnątrz siebie był pewny, że ma szansę, szansę, by odmienić losy świata, by skończyć wojnę i przywrócić pokój. Tymczasem cała nadzieja na lepsze jutro prysła, przez kilku starszych mądrzejszych i znacznie bardziej doświadczonych, którzy po prostu pozbawili go drogi ku wyswobodzeniu Republiki. Czuł się bezsilny, bezradny, czuł się nikim - nieważnym ziarenkiem piasku na pustyni, nic nie znaczącym, tylko kolejnym, skazanym za niewinność. Przestępcą. Czuł się... wypalony. Pusty, wydrążony od środka... po prostu był nikim.